Z wizytą na Lions Rump

Po długich przygotowaniach, kilku podejściach i wielu sprawdzeniach prognozy pogody udało nam się popłynąć na Lions Rump! Tak, odwiedziliśmy nasze obie Anie, monitoringowców, które od początku listopada przebywają tam prawie całkowicie odcięte od świata.

Lions Rump to przylądek u wejścia do Zatoki Króla Jerzego, czyli sąsiedniej do naszej Zatoki Admiralicji. Teren ASPA 151, gdzie co roku przebywa dwóch obserwatorów do zliczania ptaków i ssaków płetwonogich przez ok. 5 miesięcy antarktycznego lata. Żeby się tam dostać, trzeba przepłynąć wskroś naszą zatokę, następnie Cieśninę Bransfielda i już jesteśmy blisko. Jednak warunki pogodowe muszą być praktycznie idealne. Nie chodzi nawet o sam wiatr, ale o falowanie morza. W końcu nasze zodiaki to niewielkie łupinki podskakujące przy każdej większej fali. Takie warunki, pozwalające na podjęcie próby dopłynięcia mieliśmy 27 lutego.

Wstaliśmy wczesną porą jak na sobotę o 6 rano. Kasia, Daga, Damian, Sylwek i ja, a także obie Asie, które „po drodze” podrzuciliśmy na monitoring, na Patelnię. Spakowaliśmy prawie wszystko, o co dziewczyny prosiły, a oprócz tego odcinki rury kominowej, ponieważ instalacja w domku wymagała interwencji. Na zodiakach znalazły się też narzędzia, gaśnica i zrobiona wcześniej antena z masztem.

Morze było łaskawe i po ok. 1,5h ujrzeliśmy domek na Lions Rump! Dziewczyny o niczym nie wiedziały, żeby nie robić im niepotrzebnie nadziei jak przy poprzedniej próbie. Kiedy dobijaliśmy do brzegu było widać ogromną radość. W końcu, po 4 miesiącach ujrzały koleżanki i kolegów ze szkoleń i wspólnego rejsu Polar Pioneerem, a przede wszystkim ujrzały ludzi! Kiedy skończyły się uściski można było na chwilę usiąść i porozmawiać przy herbacie i kawie. Jednak nie na długo, bo Damian zajął się naprawą komina i nadpalonych fragmentów ściany, a ja przykręcaniem masztu, a następnie anteny kolinearnej.

Ledwo skończyliśmy, trzeba było zbierać się. Warunki pogodowe mogły pogorszyć się w każdej chwili. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, dostaliśmy ordery „Przyjaciela Lajonsa 2016”, pożegnaliśmy się i przed godziną 13 odpłynęliśmy. Powrót był dużo trudniejszy, liczyliśmy że po pokonaniu Cieśniny Bransfielda, nasza zatoka będzie już spokojna, ale wiatr rozbujał ją całkiem nieźle. Przed 15 byliśmy już w Stacji. Otrzymaliśmy od wszystkich gratulacje, choć największe należą się dla Damiana za determinację i Kasi za wsparcie swoim doświadczeniem.

Wieczorem była jeszcze niespodzianka! Okazało się, że na tej zrobionej antenie (o dużym zysku) dziewczyny nas słyszą. To pierwsza w historii Lions Rump łączność radiowa ze Stacją. Do tej pory był jedynie kontakt przez telefon satelitarny co wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Następnego dnia, po drobnych modyfikacjach naszego przemiennika na Point Thomas udało nam się także usłyszeć wołanie „Arctowski, Arctowski, Lions Rump” w Stacji!

4 komentarze do “Z wizytą na Lions Rump

  1. Ulepszacie to miejsce, wkładając swoją pracę. Czy na Antarktydzie częstotliwości są koordynowane tak jak np. w Polsce przez UKE ?

    • Dobrze, jakby każda wyprawa przyjeżdżała z takim zamiarem. Nie zawsze tak jest.
      Korzystamy z ogólnodostępnych częstotliwości morskich (~157MHz). Każdy z nas, w trakcie szkoleń posiadł podstawową wiedzę jak używać radia do komunikacji.
      Może zrobię wpis o naszym przemienniku na Point Thomas 🙂

    • Samoróbka w obudowie (rurze) po starej 3282-5 Radmoru (4,5dBd zysku). Teraz robię kolejną, powinna mieć 7dBd zysku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.