Przystanek w Mar del Plata

Smutek po niezrealizowanej wizycie na Wyspach Kanaryjskich nieco nam zrekompensował jednodniowy postój w Argentynie w mieście Mar del Plata.

Zaraz po wpłynięciu do portu powitały nas ciekawskie lwy morskie, których kolonię można było wypatrzyć na jednym z brzegów. Po śniadaniu i obiedzie, które zjedliśmy jeszcze na statku, była chwila na załadunek świeżych warzyw i owoców, załatwienie formalności przez załogę statku z lokalną służbą celną i… mogliśmy zejść na ląd. Po kilku tygodniach rejsu wielu z nas odetchnęło z ulgą, że podłoże nareszcie się nie kołysze, a wokół czuć inne zapachy niż te dochodzące z kambuza. No i są jacyś inni ludzie 😛

Każdy rozbiegł się za swoimi sprawami – część zaszyła się w wirtualnej rzeczywistości, część poszła na spacer czy na zakupy, a niektórzy załapali się nawet na argentyńską imprezę urodzinową. Połączyła nas natomiast chęć nabycia czipsów i koli, która męczyła nas podczas długich dni rejsu i konieczność rozprostowania kości.

Wraz z naszą grupą poszliśmy na lokalne jedzenie i wywieźliśmy się taksówką do centrum, żeby zażyć nieco miejskiej atmosfery przed długimi miesiącami odcięcia od cywilizacji. Wysokie, zaniedbane bloki mieszały się z eleganckimi budowlami, po ulicach błąkały się miłe acz bezpańskie psy, gdzieniegdzie walały się sieci, za to ludzie byli bardzo serdeczni i uśmiechnięci. I zupełnie inna roślinność, palmy, które zaskakiwały, wypierały z wyobraźni rodzinne topole i klony sadzone przy drogach.

Nasz angielski i rosyjski okazały się zupełnie nieprzydatne, więc próbowaliśmy porozumiewać się mocą gestów, obiecując sobie w duchu, że podczas długich zimowych miesięcy spróbujemy nauczyć się choć kilku podstawowych zwrotów po hiszpańsku.

Szumnie zapowiadanych zakupów za bardzo nie udało nam się zrobić, bo trafialiśmy na małe, rodzinne sklepiki, niemniej jednak zapas wspomnianych czipsów został zakupiony.

Wieczorem poszliśmy jeszcze do portu zaprzyjaźnić się z lwami morskimi, które smacznie spały na nabrzeżu, lekko niepokojone przez psa, który najwyraźniej chciał nas przed nimi obronić.

Pełni wrażeń, dość niechętnie wracaliśmy na statek, ale już po śniadaniu, ok. 7:30 wypływaliśmy z portu. Upragnione Południe z każdym dniem miało być coraz bliżej.

PS. A, i zaraz za główkami portu zaczęło nas konkretnie bujać – najbiedniejsi byli ci, którzy do Argentyny dotarli drogą powietrzną i dołączyli do nas w Mar del Plata. Neptun nie był dla nich łaskawy.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.