Janusze romantyzmu

Przystanek na Falklandach

Po południu 29 października Wyspa Króla Jerzego została daleko w tyle, a 1 listopada byliśmy już w Stanley, stolicy Falklandów – brytyjskich wysepek sąsiadujących z długim ogonem Ameryki Południowej.

Sylwek stwierdził, że „każdy ma taką pogodę, na jaką zasługuje”, więc chyba musieliśmy być wyjątkowo grzeczni, bo Neptun ze szczególną pieczołowitością zadbał o to, żeby nasza podróż była jak najbardziej komfortowa. Na spokojnej fali i w asyście pięknie świecącego słońca dotarliśmy do Stanley, wywołując zdziwienie mieszkańców – z rozmów z napotkanymi osobami wynikało, że od długiego czasu nie było tak ładnie i muszą sobie przypomnieć jak się zakłada koszulki z krótkim rękawkiem.

Pierwszy autobus!

Pierwszy autobus!

Statek James Clark Ross

Statek James Clark Ross należący do BAS

Biuro BAS

Biuro BAS

Daga daleko stąd

Daga daleko stąd

Janusze romantyzmu

Janusze romantyzmu

Lokalna prasa

Lokalna prasa

Knajpa "Globe"

Knajpa „Globe”

Niebezpieczna piękność

Niebezpieczna piękność

Gypsy cove

Gypsy cove

Kościół protestancki

Kościół protestancki

Latarnia morska na Cape Pembroke

Latarnia morska na Cape Pembroke

Z racji tego, że chyba zbyt często mówiłam jak to organizm jest osłabiony po zimowaniu i przy pierwszym kontakcie z cywilizacją łapie się rozmaite choroby, rozchorowałam się jeszcze na statku w związku z czym moje kontakty towarzyskie z rosyjską załogą były mocno ograniczone. A szkoda, bo atmosfera była bardzo serdeczna i koleżeńska, ale za to kilka osób z naszej grupy, które przez całe zimowanie uczyłam rosyjskiego, wspaniale sobie radziły w codziennych kontaktach.

W miasteczku liczącym niecałe 2 000 mieszkańców spędziliśmy cztery przemiłe dni, dnie spędzając na lądzie, a noce na statku. Wszyscy mówili nienagannym angielskim, pochodzili z różnych części świata, a kiedy opowiadaliśmy im, że jesteśmy z Polski, wcale się nie dziwili i doskonale wiedzieli, gdzie się nasz kraj znajduje. Przypomnieliśmy sobie jak się robi zakupy, piliśmy ulubione rodzaje piwa, w pierwszej z brzegu kawiarni zamówiliśmy aromatyczną filiżankę kawy z ekspresu (w Stacji była tylko sypana) i chodziliśmy na długie spacery – nareszcie po równym i w butach trekingowych, a nie kaloszach. I tylko jednego dnia wiało dokładnie tak jak na „Arctowskim”, co przyjęliśmy z pogodną rezygnacją.

Przeżyliśmy pierwszą od roku burzę – akurat byliśmy pod latarnią morską na Cape Pembroke i kiedy huknął jeden z pierwszych grzmotów, nieoczekiwanie przypomniałam sobie numer PIN, którego na próżno szukałam w pamięci przez ostatnie tygodnie. Zweryfikowałam go chwilę później w sklepie, transakcja została przyjęta, a więc podświadome związki z cywilizacją najwyraźniej nie uległy zerwaniu.

Lokalne lotnisko

Lokalne lotnisko

Lokalne lotnisko

Miny!

Miny!

Ostrygojady magellańskie

Ostrygojady magellańskie

Kto znajdzie pingwina magellańskiego?

Kto znajdzie pingwina magellańskiego?

Pierwsze piwo w cywilizowanych warunkach

Pierwsze piwo w cywilizowanych warunkach

"Polar Pioneer"

„Polar Pioneer”

Polskie produkty

Polskie produkty

Nic tylko plażować

Pod redakcją "Penguin news"

Wreszcie jakieś rośliny

Ogłoszenie

Widok na Stanley z "Polar Pioneera"

Widok na Stanley z „Polar Pioneera”

Dzień jak co dzień

Wrak "Lady Elizabeth"

Wrak „Lady Elizabeth”

Urocze złomowisko

W Gipsy Cove spotkaliśmy samotnego pingwina magellańskiego, który był miłym uzupełnieniem kolekcji pingwinich wspomnień z Antarktyki. Natomiast duch tej ostatniej wyraźnie nam towarzyszył, bo nie dość, że w Stanley mieści się biuro British Antarctic Survey (Piotrek swego czasu dostał od nich propozycję pracy), to jeszcze w porcie obok „Polar Pioneera” zacumował statek RSS James Clark Ross, należący do wspomnianej organizacji.

Klimat małego, ale kosmopolitycznego miasteczka, pełnego świętego spokoju i serdeczności tak przypadł mi do gustu, że z chęcią zostałabym w Stanley na jakiś czas. Piotrek jednak trzeźwo stwierdził, że wypada się pojawić w domu po tak długiej nieobecności, więc 5 listopada posłusznie wszyscy wsiedliśmy do busa, który miał nas zawieźć na jedyne na wyspach lotnisko Mount Pleasant należące do RAF-u. Obok mieści się spora baza wojskowa (efekt konfliktu Argentyny z Wielką Brytanią o terytorium Falklandów), a kontrola bagaży i dokumentów była nadzwyczaj szczegółowa. Oczywiście, z zachowaniem nienagannych brytyjskich manier.

Wymęczeni, z rozbebeszonymi bagażami jeszcze przez 2 godziny siedzieliśmy w terminalu i graliśmy w grę podobną do „państwa miasta” tyle że wymyślając same nazwy zwierząt lub potraw. Od Krakowa dzieliły nas już tylko 2  dni.

Pin It

5 komentarzy do “Przystanek na Falklandach

  1. Dziękuję bardzo za wieczór z Wami w Dworku B. Dziś z rana uzupełniłem swoje skąpe dotąd wiadomości na temat dokonań Patrona Stacji – i samej Stacji (pomoc Cioci Wikipedii – sic!). Przygotowałem też skrót informacji na ten temat po angielsku dla znajomych anglojęzycznych. Miałem 10 lat, gdy H. B. Arctowski zmarł. Nie pamiętam, abym w szkole usłyszał Jego nazwisko. Trzeba więc nadrabiać takie zaległości. Dziękuję Wam za mobilizację! Zdjęcia zaraz prześlę 🙂 Pozdrawiam serdecznie.

    • To my dziękujemy 🙂 Wspaniale, że takie spotkania zachęcają do zgłębiania wiedzy – my też za każdym razem uczymy i dowiadujemy się czegoś nowego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.