Pączki pączki, chrusty chrusty…

Wbrew pozorem, latem, w odległej Antarktyce, zegar też potrafi przyspieszyć i ani się obejrzeliśmy, a już przyszedł okres karnawału wiążący się z dobrą zabawą i jeszcze lepszym jedzeniem.

Zeszłej soboty padła luźna propozycja spontanicznej zabawy karnawałowej. Efekty przerosły nasze oczekiwania – prawie wszyscy się przebrali, a kreatywności nie było granic. Nastroje były iście szampańskie, a wieczorem wyszła z tego całkiem przyzwoita zabawa taneczna, która zakończyła się ok. godz. 2:00 (tak, wiem, można dłużej, ale jak sobie człowiek pomyśli, że nazajutrz ma jedyny dzień wolny w tygodniu, żeby np. wyjść w teren, szkoda go zmarnować na odsypianie).

Oczywiście, nie ma dobrej zabawy bez dobrego jedzenia, więc tęsknie oczekiwaliśmy na Tłusty Czwartek, projektując sobie w głowie te sterty chrustu i pączków, którymi będziemy się bezkarnie objadać. Tak się akurat złożyło, że na 4 lutego zapowiedział się z wizytą statek turystyczny, Sea Spirit, który jako pierwszy odwiedził nas w listopadzie, więc postanowiliśmy pokazać naszym gościom nieco polskich tradycji.

Tego dnia dzielny 2-osobowy kolektyw (potem dołączyło jeszcze parę osób) wstał o 5:30, żeby już od rana rozpocząć smażenie faworków i słodkich racuchów, którymi później poczęstowaliśmy turystów. Do słodkości były dołączone ulotki w języku angielskim o tradycji Tłustego Czwartku, a Marta zrobiła małe biało-czerwone chorągiewki.

Gościom bardzo się podobało, a wizyta była jak zawsze miła i sympatyczna. Jeden z przewodników, Roman, prosił, żeby koniecznie mu przesłać przepis na racuchy, a Jana obiecała wysłać zdjęcia z ciepłych krajów. Natomiast zrobiło się naprawdę sentymentalnie i wyjątkowo, kiedy się okazało, że na pokładzie statku są potomkowie Adriena de Gerlache’a, organizatora antarktycznej ekspedycji naukowej „Belgica„, której członkiem był… nasz Henryk Arctowski. To było dla nas niesamowite spotkanie.

 

Zwieńczeniem dnia było tradycyjne smażenie pączków przeze mnie i Piotrka (to już nasza rodzinna tradycja, pączki smażyliśmy też na Spitsbergenie), które dosłownie znikały w oczach. Dobrze, że trochę sobie schowaliśmy do porannej kawy 😛

A że na stanie nie było szprycki do nadziewania pączków, Piotrek skonstruował ją z tego, co akurat było pod ręką – z pustego opakowania po płynie do soczewek i wytoczonego na tokarce plastikowego tłoku.

Tradycji stało się zadość, a my obiecaliśmy sobie, że już więcej tak się nie spasiemy 😉

1 komentarz do “Pączki pączki, chrusty chrusty…

  1. Daga, ale z Ciebie niezła foczka! :3
    Aż ślinka cieknie na widok tych pączków, jeśli przytyjecie to przynajmniej będzie Wam cieplej!
    Wreszcie skończyłam sesję i mogę nadrobić zaległości z bloga <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.