Ostatnie dni na statku

Z Mar del Plata wypłynęliśmy 23 października zaraz po śniadaniu. Z każdym dniem w powietrzu wręcz było czuć radosne oczekiwanie związane z chęcią jak najszybszego dotarcia do celu.

W Mar del Plata dołączyło do nas kilkanaście nowych osób – część z nich spędzi razem z nami okres letni w Stacji, reszta kieruje się do stacji argentyńskiej. Zrobiło się bardziej tłoczno w mesie przy posiłkach, pojawiło się więcej ciekawych opowieści i prezentacji zdjęć, których tradycję stale kontynuowaliśmy, a każdy dzień rozpoczynał się od komunikatów w językach hiszpańskim, angielskim i polskim m.in. o warunkach pogodowych czy przebytej trasie.

Nadal funkcjonował Polar Fitness Club, do którego dołączyło kilka nowych osób. Razem z dziewczynami przekonałyśmy się też do korzystania z sauny, co okazało się doskonałym pomysłem zwłaszcza po dłuższym przesiadywaniu na pokładzie – w końcu na zewnątrz zaczęło się robić coraz zimniej. Z dziecięcą radością obserwowaliśmy pierwsze płatki śniegu, które dość szybko pokryły cały pokład gęstym dywanem oraz błękitne góry lodowe przepływające majestatycznie koło naszego statku. Na niektórych podróżowały stadka pingwinów lub wylegiwały się płetwonogie.

Powoli też przygotowywaliśmy się mentalnie i logistycznie do najważniejszego zadania, stojącego przed nami – rozładunku statku i dostarczeniu wszystkich potrzebnych rzeczy do Lions Rump, gdzie dwie nasze koleżanki przez 5 miesięcy będą prowadzić monitoring ptaków i ssaków płetwonogich, oraz Stacji Arctowskiego.

Był to też czas pożegnań z paroma osobami z załogi rosyjskiej, z którymi zdążyliśmy się przez ten czas zaprzyjaźnić. Wymieniliśmy się adresami, upominkami oraz zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć.

27 października weszliśmy do mitycznej Cieśniny Drake’a. Wbrew pozorom to spotkanie nie było aż tak straszne i obyło się bez wielkiej fali i choroby morskiej. Następnego dnia natomiast przekroczyliśmy strefę konwergencji antarktycznej i wtedy poczuliśmy, że jakaś rzeczywistość pozostaje już za nami, a my wpływamy w baśniową krainę, o której tak wiele dni i nocy marzyliśmy.

29 października zobaczyliśmy ląd – archipelag Szetlandów Południowych. Wszyscy co sił w nogach pobiegli na mostek, żeby zobaczyć tak długo oczekiwany widok. Nasze twarze wyrażały wiele emocji, a w głowach pewnie każdemu z nas kołatało tysiące myśli. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, ponieważ w tak szybko zmieniających się warunkach pogodowych, ryzyku zejścia paku lodowego do Zatoki Admiralicji i dość ograniczonym czasie (na rozładunek mieliśmy zaledwie kilka dni, ponieważ potem Polar Pioneer odpływał do Argentyny po turystów, którzy mieli wykupione drogie wycieczki, aby w ciągu kilkunastu dni przeżyć spotkanie z Antarktydą) załoga musiała podjąć decyzję jak ma przebiegać rozładunek statku  i w jakiej kolejności należy rozładowywać sprzęt.

I wreszcie o 23:06 tego samego dnia stanęliśmy na kotwicy w Zatoce Admiralicji. Z radości pomyliły nam się kierunki i światła Stacji Arctowskiego ze światłami stacji brazylijskiej Ferraz. Szybko jednak musieliśmy wrócić do rzeczywistości, skoncentrować się i zebrać wszystkie siły, bo czekał nas długi i męczący rozładunek statku.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.