Hyttevika

Jakiś czas temu postanowiliśmy „wziąć sobie wolne” i pojechaliśmy na dwa dni z noclegiem do uroczej Hytteviki.

O samym husie już pisaliśmy, mieliśmy też okazję odwiedzić go już kilka razy. Tam faktycznie można zapomnieć o cywilizacji i poczuć siłę otaczającej przyrody. Tym razem był to „romantyczny wypad we dwoje” – po przejechaniu na skuterach Przełęczy Kosiba z trójką naszych kolegów, rozstaliśmy się na Lodowcu Werenskiolda, gdzie koledzy mieli trochę pracy naukowej do zrobienia, i już sami pojechaliśmy do Hytteviki. Ponieważ było już ciemno i zaczął padać śnieg, a widoczność się pogorszyła, wykonanie planu „jedziesz prosto aż do brzegu morza, potem odbijasz w lewo i jedziesz wzdłuż wybrzeża” wcale nie było takie łatwe.  Na szczęście bezpiecznie dojechaliśmy do celu, a jak w piecyku zaczął trzaskać ogień, znacznie poprawiły nam się humory. Do tego jeszcze spaghetti po bolońsku (sos zrobiliśmy w Stacji, w hyttcie gotowaliśmy makaron) z winem… 🙂

Rano zjedliśmy śniadanie; wylewając olej z puszki z tuńczykiem na śnieg koło hytty pomyślałam „pewnie przyjdzie misiek” – wierzcie pierwszym przeczuciom 😉 Niedźwiedź faktycznie pojawił się za pół godziny. Z okien nie ściągaliśmy okiennic, bo i tak jak zrobi się jasno mieliśmy wracać, więc tylko usłyszeliśmy ciężki oddech miśka… W tym momencie przypomniałam sobie, że nie zamknęłam drzwi na zasuwkę, bo miałam za chwilę znowu wyjść po coś na zewnątrz. Piotrek wziął broń, rakietnicę, podskoczył do drzwi i szybko je zaryglował. Dobrze, że niedźwiedzie nie są specjalnie szkolone, żeby sprawdzać, czy drzwi przypadkiem nie są zamknięte. Na szczęście ruch za drzwiami skutecznie wystraszył niedźwiedzia (na załączonym zdjęciu są drzwi wejściowe do hytty – okienko w nich służy do obserwacji terenu i przepędzania nieproszonych gości).

Potem oczywiście nie chciały nam odpalić skutery; kiedy po 20-minutowym szarpaniu linkami straciliśmy nadzieję, łaskawie odpaliły. Wracaliśmy wybrzeżem, nie przez lodowiec. Na początku było całkiem dobrze, dużo reniferów po drodze. Jednak potem zaczął sypać gęsty śnieg i widoczność znacznie się pogorszyła. Okazało się, że trochę odbiliśmy od wybrzeża i wjechaliśmy w dolinę Revdalen – zły kierunek. Szczęśliwie znaleźliśmy ślady nart i po nich trafiliśmy do Stacji. Potem okazało się, że to ślady kolegi, który wybrał się w tamtym kierunku na poranny spacer.

Może pogoda nam trochę nie dopisała, ale bynajmniej nie czujemy się zniechęceni. A Hyttevikę na pewno jeszcze odwiedzimy.

PS. W Hyttevice latem często mieszkają i pracują naukowcy z AGH, stąd sfotografowane znalezisko. A jak się Piotrek ucieszył 🙂

Pin It

2 komentarze do “Hyttevika

  1. ej ale ja z tymi dziećmi żartowałam – nie musicie od razu brać się do roboty ;))) a tak na serio to niezła przygoda – mnie się kojarzy z moją kosiarką spalinową, serio 🙂 mam takiego wielkiego ciężkiego grata też odpalana na szarpnięcie i pewnego razu małpa totalnie odmówiła współpracy no myślałam że sobie z małżonkiem ręce pourywamy. słownictwa jakiego używaliśmy nie zacytuję – i nagle po jakiejś pół godzinie szarpania odpaliła jakby nigdy nic. zupełnie jak te wasze skutery… fajnie że wszystko się dobrze skończyło w sumie jakby nie odpaliły to też nie problem bo by po was podjechała reszta ekipy 🙂 no ale adrenalinka była 🙂

    • Twoją kosiarkę i nasze skutery łączy wspólna cecha: jedno i drugie to dwusuwy. Kapryśne silniki zaskakujące wtedy kiedy się tego nie spodziewasz 🙂 Spróbuj odpalić kosiarkę przy -20’C 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.