Rozładunek Lions Rump

Historia zatoczyła krąg, znów wylądowaliśmy na Lions Rump. Ale nie byłoby to tak pamiętne, gdyby nie ponowne spotkanie z Anią, która również w tym sezonie będzie tam pracować, a z którą spędziliśmy ponad rok temu wspólny rejs na koniec świata.

Ania jest osobą niezwykłą – nie dość, że potrafi zrobić coś z niczego (żeńska wersja MacGyver’a), zwiedziła pół świata, zaraża niepohamowanym optymizmem, jest szczęśliwą posiadaczką mongolskiej jurty na Suwalszczyźnie, to jeszcze na pytanie czym się zajmuje, odpowiada tylko „a, pracuję w takiej organizacji pozarządowej”.

Razem płynęliśmy na „Polar Pioneerze”, podziwialiśmy delfiny, zmagaliśmy się z chorobą morską, a potem, już w Antarktyce, między Lions Rump a „Arctowskim” przesyłaliśmy sobie codziennie ciepłe wiadomości przez komunikator satelitarny InReach.

27 lutego popłynęliśmy w odwiedziny na Lions Rump, co Ania okrzyknęła „Dniem Lajonsa”, a w marcu udało się ściągnąć Dziewczyny do Stacji, żeby jeszcze przed wypłynięciem spędziły z nami Wielkanoc.

Żegnaliśmy się ze smutkiem, ale wiedzieliśmy, że bez względu na wszystko i tak się spotkamy. Miało być w Polsce, wyszło wcześniej, w Antarktyce, bo Ania przyjechała na kolejny letni sezon, żeby na Lions Rump, tym razem z Julią, pracować jako  obserwator ptaków i ssaków płetwonogich przez 5 miesięcy.

Sztorm wymęczył Anię niesamowicie i to właśnie od niej przychodziły rozpaczliwe komunikaty z InReach’a, kiedy statek kołysał się w Zatoce Admiralicji. Ale w życiu nie ma przypadków – gdyby pogoda dopisała, „Polar Pioneer” od razu popłynąłby na Lions Rump i spotkalibyśmy się dopiero za kolejne parę miesięcy. Tymczasem wspólnie spędziliśmy jeszcze parę dni na „Arctowskim” z rozrzewnieniem wspominając historie z poprzedniego  lata, a potem wszyscy zapakowaliśmy się na statek i ruszyliśmy na kolejny rozładunek. Tym razem już bez ostrówka i PTS-a.

Rano 29 października statek wypłynął z Zatoki Admiralicji i ok. 9 byliśmy już na Lions Rump. Pogoda wyśmienita, Zatoka Króla Jerzego nieznacznie falowała, a na brzegu wylegiwały się płetwonogie, leniwie ziewając i drapiąc się po brzuchach. Rok temu trwała tu walka z czasem, zodiakiem rzucało na wodzie, sypał śnieg, a brzeg oblepiała szczelna przylepa lodowa.

Poszło sprawnie – część osób zostało na statku i pakowało paczki i beczki do big bagów, które za pomocą statkowego dźwigu były przenoszone na zodiaka. A na brzegu pracowała pozostała część naszej grupy, która odbierała ładunek i zanosiła go pod domek, żeby później Dziewczyny mogły na spokojnie rozpakować wszystkie paczki.

Im mniej pracy było na statku, tym coraz więcej osób schodziło na ląd, aż w końcu cała 40 wyprawa stanęła na Lions Rump. Tak sobie kiedyś wymarzyliśmy i tak nam się udało. Piękne zakończenie antarktycznej przygody.

Korzystając z chwili przerwy, poszłam na krótki spacer. Słońce mocno przygrzewało, ziemia była ciepła i parowała. Bez namysłu położyłam się koło grupki maluchów słoni morskich, które tylko przez moment wyraziły lekkie zdziwienie, a potem uznały to za naturalny stan rzeczy. Stan raju tuż przed wygnaniem.

Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć, wymiana mocnych uścisków i już zodiak odwozi na statek kolejne osoby. Nie żegnamy się, tylko mówimy sobie „do zobaczenia”. Nie spieszymy się, mamy czas, a słońce, rzadki gość, mocno rozleniwia. Jeszcze na chwilę płyniemy z powrotem na „Arctowskiego”, żeby odwieźć 3 osoby, które popłynęły z nami na Lions Rump.

Ostatnie spojrzenie na Stację, która była naszym domem przez ostatni rok. Głębszy wdech i zamykamy ten etap. 40 wyprawa oficjalnie zostaje zakończona. Zaczyna się nowa opowieść i nowe wyzwania, a my płyniemy na Falklandy, które będą niezapomnianym przystankiem na drodze do domu.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *