Powrót do domu

Relacja z naszego pobytu w Antarktyce dobiega końca – dni od 5 do 7 listopada spędziliśmy w samolotach, przelecieliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów, żeby finalnie dotrzeć do rodzinnego Krakowa.

Na Falklandach wsiedliśmy 5 listopada w samolot, którym następnie dolecieliśmy do Punta Arenas w Chile. Tam musieliśmy wyjść z samolotu, jeszcze raz przejść bramki i kontrolę dokumentów, a specjalnie wyszkolony pies obwąchiwał nasze bagaże, czy aby nie przewozimy w nich nielegalnie żadnego jedzenia. Nie przewoziliśmy, więc znów wsiedliśmy w ten sam samolot i po 3 godzinach wylądowaliśmy w stolicy, Santiago.

W samolocie było strasznie gorąco, a lot dłużył się niemiłosiernie – miłym akcentem była radość stewarda na moją polską flagę naszytą na bluzie, który powiedział kilka miłych słów o naszym kraju. I współtowarzyszka podróży, która niestety nie znała angielskiego, ale połączyła nas obawa podczas startu i lądowania, kiedy mocniej przyciskała do siebie wielką maskotkę Myszki Miki.

W Santiago był wieczór i, bagatela, 25 stopni. Myśleliśmy z Piotrkiem, że zaraz się ugotujemy, ale na szczęście w plecaku miałam japonki podarowane jeszcze przez naszych kolegów ze stacji brazylijskiej, którymi szybko zastąpiłam ciężkie buty trekkingowe. Niedaleko lotniska powitał nas absurdalny billboard ze Świętym Mikołajem i reklamą coca-coli.

Półżywi dotarliśmy do hotelu, a nazajutrz, 6 listopada czekał nas 14-godzinny lot do Paryża. Wcześniej jacyś niegodziwi ludzie zdążyli w hallu hotelu okraść Damiana (na szczęście pieniądze i dokumenty ocalały), a rano my z Piotrkiem przegapiliśmy naszą taksówkę na lotnisko, ale ze stoickim spokojem wzięliśmy to na klatę jako koszty pierwszego kontaktu z cywilizacją.

Podczas lotu nad Atlantykiem jedyną atrakcją, pozwalającą zabić czas, było jedzenie i filmy, które oglądaliśmy prawie przez całą noc. A potem, już 7 listopada, zaczęła się gonitwa po lotniskach – najpierw na Roissy-Charles de Gaulle na lot do Amsterdamu, a potem z Amsterdam-Schiphol już do Krakowa.

O godzinie 16 wylądowaliśmy w Balicach i znów wszystko było dziwne. Jak we śnie witaliśmy się z bliskimi, krakowski smog jeszcze był ledwie wyczuwalny, po drodze do domu przypominaliśmy sobie nazwy ulic.

Nasza kolejna polarna przygoda dobiegła końca. Dziękujemy Wam wszystkim za śledzenie bloga i wszystkie miłe akcenty świadczące o Waszym zainteresowaniu i pamięci!

Blog znów zapadnie w sen zimowy – od czasu do czasu będziemy na nim publikować informacje o slajdowiskach czy warsztatach, na których będziecie mogli nas spotkać (i być może o jednej ważnej rzeczy, która się szykuje, ale na razie nie zapeszamy) i może, kto wie, jeszcze o jakimś innym wyjeździe? Tymczasem niech teraz będzie miłym wspomnieniem przeżytych chwil i inspiracją, że marzenia trzeba spełniać. I to nie za rok czy 10 lat, ale TERAZ. Bo potem może już nie być na nie czasu.

Na koniec zacytuję naszego kolegę z zimowania – „Dzisiaj jest moc” i niech ta myśl z nami pozostanie 😉

Pin It

6 komentarzy do “Powrót do domu

  1. Ja też Wam bardzo dziękuję. Będę czekał na kolejne wasze przygody. Jestem pewien, że nie wytrzymacie długo bez żadnej ekspedycji/ wyprawy. Mam nadzieje, że coś wykombinujecie 😉

  2. Daga, Piotrze…
    gratuluję całego roku i szczęśliwego powrotu. To dzięki m.in. Wam nie było od prawie roku jednego dnia, żebym nie myślał o „stacji”. Aż przeszła mi szalona myśl, żeby podjechać na szybko z Warszawy do Krakowa na Wasz pokaz ale po uszy zarobiony jestem zawodowo i raczej nie dam rady ale tak chciałbym zobaczyć te Wasze zdjęcia, że takie dziwne pomysły do głowy przychodzą. Niezależnie od tych miłych sentymentów, dacie mi na siebie namiar mailowy lub telefoniczny w odpisie na adres z podpisu? Mam tylko dwa-trzy ale dłuższe pytania 🙂 stąd nie chcę marnować miejsca na blogu.

    Pozdrówki gorące… no dobra (może) arktyczno-antarktyczne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *