Na walizkach

A właściwie na trzech 120-litrowych beczkach po kiszonce, dwóch plecakach 90-litrowych i dwóch mniejszych, 35-litrowych. Tak, jesteśmy gotowi do drogi, a statek „Polar Pioneer” lada moment pojawi się na horyzoncie.

Przez ostatnie dni sprzątaliśmy i przygotowywaliśmy Stację na przyjazd nowej wyprawy oraz usiłowaliśmy się spakować. Co też finalnie się udało. Ale wbrew oczekiwaniom, nic a nic nie zostało wolnego miejsca w bagażu, a nawet na jednej z beczek musiałam stanąć, żeby Piotrek mógł zatrzasnąć obręcz na wieku.

Dzisiaj beczki powędrują do jednej z hal, gdzie będą czekały na transport statkiem do Polski w marcu. Dostaniemy je dopiero w maju następnego roku, a do tego czasu z powodzeniem zdążymy zapomnieć, co w nich było. A potem będziemy się czuli jak dzieci, które dostały paczkę od cioci z Ameryki (tego typu wyjazdy są doskonałe, jeśli człowiek chce się wyzwolić z powszechnie panującego konsumpcjonizmu – po powrocie się stwierdza, że tak naprawdę niewiele rzeczy jest absolutnie niezbędnych do życia). Na statek zabieramy najpotrzebniejsze rzeczy, a po powrocie trzeba będzie się dowiedzieć w czym teraz jest obciach wychodzić na ulicę, bo przez ponad rok trendy z pewnością się zmieniły.

Dziwnie wyglądały klucze do mieszkania, które znalazłam w nieużywanej przez rok torbie na laptopa. Dziwnie wyglądają pieniądze i dokumenty. Jeszcze chwila i znów nabiorą pierwotnej wartości. Tylko PIN-u do karty nie mogę sobie przypomnieć.

Ostatnim rzutem na taśmę udało się postawić nowy drogowskaz – jeden z poprzednich zniszczył sztorm. Na nowym nie mogło zabraknąć „Krakowa” i „Hornsundu”. Smok wyszedł nam nieco mroczny, ale misiek jest w porządku.

 

24 września wypłynęliśmy z Polski. Wychodzi grubo ponad rok, ale tu czas płynie inaczej. Podczas gdy nasze rodziny i znajomi ścigali się z czasem i ciągle mieli wrażenie, że przecież już wracamy, nam czas płynął powoli i dostojnie. Minuty za godzinami, a te za dniami i tygodniami. W cywilizacji będącej w wiecznym niedoczasie to wspaniałe doświadczenie.

5 listopada mamy samolot z Port Stanley na Falklandach do Santiago. A potem Paryż, Amsterdam i Kraków. W poniedziałek, 7 listopada, po 16, tak żeby akurat rodzina i znajomi w większości zdążyli być już po pracy.

Ale to jeszcze nie koniec i nie czas na podsumowania. Wyprawa trwa, a przed nami największy i ostatni wysiłek – rozładunek statku i pomoc naszym następcom, aby szybko i sprawnie odnaleźli się w nowym miejscu.

Kolejny wpis będzie już z Polski, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Trzymajcie kciuki!

Pin It

4 komentarze do “Na walizkach

  1. Hej! Czy gdzieś można znaleźć Waszego maila, żeby nawiązać kontakt? Bo szukam i szukam, ale nie widzę na stronie – może przegapiłam? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *