Coś się kończy

Od poniedziałku jesteśmy już w Krakowie i próbujemy zrozumieć nową rzeczywistość. Ale historia trwa nadal, a narracja domaga się kolejnego odcinka – jeszcze kilkanaście dni temu w napięciu pakowaliśmy ostatnie drobiazgi do toreb, plecaków i beczek. A potem? A potem się zaczęło.

26 października do Zatoki Admiralicji wpłynął „Polar Pioneer”. Nie było szans na rozładunek, sztorm rzucał statkiem na wszystkie strony, czemu bezradnie przyglądaliśmy się przez okna „Samolotu” przez kilkadziesiąt godzin. Nowa ekipa uwięziona na pokładzie w szponach Neptuna, w mękach choroby morskiej słała do nas rozpaczliwie wiadomości na Facebooku, korzystając z dobrodziejstw stacyjnego wi-fi.

Na radiu co jakiś czas słychać było wymianę szczegółowych komunikatów odnośnie pogody i możliwych scenariuszy rozładunku. Jeszcze chwila, aż w końcu… pojawiło się zielone światło, bo prognoza na kolejne dni była wyjątkowo pomyślna (do końca temu, tym razem niesłusznie, nie wierzyliśmy i tylko co rusz ktoś odświeżał stronę, żeby ze zdumieniem się przekonać, że wcale nie zamierza wiać, ani padać).

27 października o 5 nad ranem wszyscy już byli gotowi do rozładunku. Na wodę, w asyście zodiaka, ruszył PTS, a na lądzie kto żyw przygotowywał się do rozpakowywania przywożonego ładunku i rozmieszczania go w odpowiednich miejscach. Nasza grupa pracowała na Stacji, a nasi następcy – na statku. Ja akurat miałam dyżur, więc rano zaopatrywałam kolegów i koleżanki w jedzenie i ciepłą herbatę, a parę godzin później dołączyłam do „chińskiego taśmociągu”, przekazującego z rąk do rąk pojedyncze paczki z rozpakowywanych „big bagów” (dużych, syntetycznych toreb o dość dużej pojemności, w których, zamiast na paletach, była transportowana wszelka drobnica) i klatek, które z PTS-a były przenoszone na ziemię przy pomocy dźwigu. Piotrek koordynował „taśmociągiem”, a reszta z zaangażowaniem przerzucała paczki, wymieniając się przy okazji zabawnymi uwagami, co też może być w środku.

PTS kursował non stop, każdy kurs ze statku od razu był rozpakowywany; minęło 13 godzin i nawet najwięksi sceptycy przecierali oczy ze zdumienia, bo okazało się, że… to już koniec. Pogoda dopisywała niesamowicie, pomogło też nasze doświadczenie z poprzednich rozładunków (w październiku i marcu) i wyglądało na to, że przekazanie Stacji wreszcie będzie wyglądało normalnie i nie odbędzie się na wariackich papierach.

Ostatnim kursem PTS-a przyjeżdżają do Stacji nasi następcy – wcześniej poznaliśmy się wirtualnie, teraz jest okazja na bezpośrednie powitanie. Są też znajome twarze kolegów z zeszłego lata. Panuje radosny gwar i sporo zamieszania.

Wieczorem jest okazja do wspólnego świętowania. Mamy szansę lepiej się poznać, opowiedzieć o naszych doświadczeniach z zimowania. Chłoniemy nowe opowieści, trzymając nabożnie w rękach puszkę piwa lub kieliszek wina – smakuje jak nigdy, bo od jakiegoś czasu nasze zapasy alkoholu były na wyczerpaniu, nie mówiąc o tym, że przez kilka miesięcy piliśmy przeterminowane piwo, bo żal było wylać. Zajadamy sałatki ze świeżymi warzywami, a co rusz ktoś chyłkiem wymyka się do magazynu, żeby podprowadzić gruszkę czy jabłko – konspiracja i radość jak z dziecięcych lat.

Nazajutrz, 28 października, z pierwszym od dłuższego czasu kacem witamy nowy dzień. Na autopilocie pomagam Dasi, mojej następczyni, przygotować śniadanie. A potem w ciągu dnia po Stacji będą się snuły dwu-trzyosobowe grupki w ramach przekazywania obowiązków i wdrażania w stacyjną rzeczywistość. Korzystając z dobrodziejstw pogody, w tle odbywa się tankowanie paliwa ze statku do zbiorników na „Jedynce”. Wszędzie walają się torby i plecaki, „Samolot” pęka w szwach (w Stacji jest prawie 30 osób). Żegnamy znajome kąty, robi się coraz smutniej, aż w końcu wieczorem schodzimy na statek. Nie mogę powstrzymać łez, Piotrek, jak zawsze, lepiej się trzyma.

Płyniemy zodiakiem w milczeniu, światła „Arctowskiego” maleją w oddali. Ze statku spada drabinka, wchodzimy na pokład. Zmienia się perspektywa, znów nowe twarze, ale i również te znajome, jeszcze z zeszłorocznego rejsu. Smutek nieco koi paczka z czipsami, żelkami i piwem zapakowana dla nas w Gdyni przez Basię i Anię. Bezskutecznie próbujemy zasnąć w kojach – jeszcze jesteśmy na „Arctowskim”, ale jutro już ostatnia prosta – rozładunek Lions Rump i pożegnanie z Antarktyką.

Pin It

6 komentarzy do “Coś się kończy

  1. Pani Dagmaro dziękuję za wszystkie wpisy czytałam z wielkim zainteresowaniem aby we wrześniu podzielić się z moimi uczniami, którzy uczestniczyli w lekcjach z Arctowskego. Pozdrawiam i życzę szybkiego zaklimatyzowania się w domu.

    • Pani Ewo, bardzo dziękuję 🙂 proszę śledzić fanpage „Arctowskiego” na Facebooku, bo z tego co wiem nowa ekipa też ma w planach jakieś działania edukacyjne 🙂

  2. Dziękuję za „telenowelę” i zdjęcia.
    W międzyczasie udało mi się odwiedzić Hornsund i poczuć trochę atmosfery stacyjnej.
    Jestem pewna, że za chwilę wymyślicie coś jeszcze i znowu poczytam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *